Czas w Krakowie

Czas w Brisbane


RSS
piątek, 09 maja 2014
Dobrze czasem zrobic cos dla innych

W piatek  po pracy wiekszosc normalnych, zdrowych ludzi idzie na ciezko zapracowane piwo. Ja poszlam oddac krew. Pierwszy raz, wiec bylam cala podekscytowana procedura i idea zrobienia czegos dla innych.

Nie duzo braklo, a do niczego by nie doszlo, bo moje odwiecznie zalosnie niskie cisnienie ledwo zmiescilo sie w dozwolonym limicie. Zawsze bylo niskie i moj lekarz nie widzi w tym problemu, ale przy upuszczeniu 0.5l krwi pojawily sie watpliwosci.

Dodatkowo, nasza nieplanowana wycieczka do Tajlandii dwa lata temu spowodowala, ze musialam tez  oddac probke na badania na malarie. Przynajmniej jak cos zlapalam to sie od razu dowiem :).

Wszystko poszlo dobrze, nadzwyczaj szybko i po calej procedurze usadzono mnie w 'kuchni' zeby sie zregenerowac. A kuchnia robi wrazenie :). Zawsze myslalam, ze po oddaniu krwi dostaje sie czekolade - skad mi sie to wzielo - sama nie wiem. A tu prosze - ciastka, sery, kanapki, mleczka - zwykle, czekoladowe i truskawkowe, orzechy, owoce, przekaski na goraco i wybor herbat jakich nawet ja nie mam (a herbat przeroznych u mnie nie brakuje).  Az nie chce sie wychodzic :D

Pomijajac przyziemne korzysci jak te regenerujace przekaski, uczucie po oddaniu krwi jest naprawde swietne i polecam kazdemu. Nie boli, nic nie kosztuje, a dobrze miec swiadomosc ze zrobilo sie cos dla innych.  Sama sie sobie dziwie, ze nie zdecydowalam sie na to wczesniej. Obwiniam za to tego wolontariusza, ktorego spotkalam na ulicy krotko po przyjezdzie do Australii.  Jego rola bylo namawianie ludzi do oddania krwi, ale mi powiedzial, ze nie moge, bo nie jestem Australijka, ani nie mam stalego pobytu. Guzik z petelka. Moglam to sprawdzic duzo wczesniej. Moral z tego taki - wolontariusz nie zawsze wie co mowi. Nie placa mu, wiec pewnie nie musi sie przykladac :).

23:36, aussiedownunder
Link Komentarze (3) »
czwartek, 01 maja 2014
Jak prawdziwy mecz wygladac powinien

Nigdy nie przyszloby mi do glowy isc na zaden wazny mecz pilki noznej w Krakowie. Derby Wisla vs Cracovia oczywiscie sa poza jakimkolwiek rozwazaniem - ze wzgledow bezpieczenstwa i braku prawdziwej sportowej atmosfery.

 

A jak sie to robi w Australii? 

 

Pilka nozna popularna tutaj nie jest, za to football jak najbardziej. Ja osobiscie wciaz jestem zupelnym laikiem - nie rozrozniam typow footballu, nie wiem ktora druzyna gra w co, a juz w ogole nie rozumiem dlaczego w wiadomosciach sport zajmuje wiecej czasu antenowego niz normalne informacje z okolic i ze swiata :).

 

Grzesiek dostal jakis czas temu 4 bilety na dosc wazny mecz.

 

Zacznijmy od tego, ze juz w grupie jego 3 kompanow, 2 pojawilo sie w koszulkach Broncos, a jeden samotnik w koszulce Cowboys, Grzesiek nie bedac pewny zasad (ani nie bedac prawdziwym fanem zadnej z druzyn) wybral opcje neutralna. Na tym etapie nikt sobie nie nawrzucal, ani sie nie pobil.

 

Po kilku wstepnych piwkach, chlopaki zlapali pociag na stadion. W pociagu obrazek podobny - czesc w barwach rdzawoczerwonych a czesc w barwach niebieskich. Do obrazka dolaczaja teraz rowniez rodziny z dziecmi. Nadal nikt sie nie tlucze.

 

Na wejsciu na stadion selekcji zadnej - przechodzisz przez automatyczne bramki, skanujac bilet. Nikt Cie nie przeszukuje, wiec spokojnie mozesz wniesc ta swoja maczete i bejsbola, ktore kitrasz pod dresem.

 

Zeby podgrzac atmosfere - nie ma odzielnych sektorow  dla kibicow, wiec wszyscy siedza wymieszani, a do tego - o zgrozo - mozna spokojnie kupic piwo. Ba - nawet 4 na raz!

 

Pomyslcie teraz jakie zastepy ochrony i uzbrojonej w 'niewiadomoco' policji musi obstawiac tak nieprzygotowany pod katem bezpieczenstwa mecz. Odpowiedz - zastepy niewielkie. Przechadza sie taki jeden z drugim po schodkach w gore i w dol, ale nawet kasku na glowie nie ma.

 

Brzmi sielankowo i naprawde tak jest. Tutaj na mecz idzie sie cala rodzina. Maluje sie dzieciakom buzie w kolory druzyny, wciska w klubowa koszulke i spokojnie zabiera ze soba. Bez obawy, ze przypadkiem znajda sie w centrum jakiejs bijatyki sprowokowanej przez stado lysych osilkow, ktorych znakiem rozpoznawczym jest kilogramowy lancuch z Castoramy z duma noszony na spuchnietym od sterydow karku :)



08:16, aussiedownunder
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 kwietnia 2014
Oddajcie dzieciom krokodyla Barney'a!

Jeden z nagłówków wiadomości z Terytorium Północnego: 'Krokodyl skradziony z przedszkola w Darwin'...

Tak - krokodyl, i tak - z przedszkola. Dzieci tęsknią, więc rodzice i opiekunki apelują o zwrot zwierzaka.

Jakkolwiek egzotycznie by to nie brzmiało, zdarzyło się naprawdę i nawet mnie nie szokuje. Za to naprawdę, naprawdę bawi :).

Obsługa tłumaczy, że młody krokodylek Barney, został zakupiony, żeby zaciekawić dzieci i ułatwić im tą pierwszą rozłąkę z rodzicami. Większość przedszkoli ma kurczaki, którymi dzieci się opiekują, to przedszkole postanowiło być jednak bardziej oryginalne :). Ponoć dla maluchów nie groźny, trzymali go w akwarium, ale ugryźć potrafi i apelują do złodzieja, żeby może jednak postanowił go zwrócić.

Krokodylek został zakupiony z lokalnej farmy krokodyli, z umową, że jak za bardzo urośnie, to zostanie wymieniony na nowy, mniejszy model.

Artykuł zdecydowania próbuje zagrać na emocjach bezdusznego złodzieja i podkreśla jak bardzo małe dzieciaczki są do Barney'a przywiązane.Więc mała dziewczynka jest szalenie zasmucona, bo 'poranne witanie się z Barney'em było jej codziennym rytuałem'. I jak tu jej teraz wytłumaczyć, ze ktoś krokodylka ukradł?

Mały chłopczyk siedzi za to w kącie i smutno powtarza 'zniknął...'

Miejmy nadzieje, że złodziej się zlituje i dzieciaczki dostaną swoje zwierzątko z powrotem. A jak nie, to pewnie przedszkole zakupi nowy model, dzieci pewnie nie zauważą różnicy. Albo może jednak postawią na te pospolite kurczaki albo świnkę morską - nie spodziewam się, żeby przyciągały złodziei :).

13:08, aussiedownunder
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 października 2013
Jak się nie ma co się lubi...

Fakt, że w Queensland nie dane nam będzie pozjeżdzać na sankach, ale to nic straconego. Podobną zabawę można mieć na piasku. Sand tobogganing - zasada ta sama – zabierasz sanki, w naszym wypadku kawałek deski, wspinasz się na górkę (wydmę), przyjmujesz dowolną pozycję i zjeżdzasz z górki na pazurki. Zabawa gwarantowana! Można zjeżdzać naprawdę z niesamowitą prędkością, a piasek ma się potem wszędzie – w nosie, między zębami, w uszach to całe zwały :D.

Do szczęścia nie potrzeba wiele. Byliśmy teraz na kempingu w Rainbow Beach, które ma świetna wydmę w sam raz na sandboarding. Dwie deski pilśniowe kupiliśmy w takiej tutejszej Castoramie. Grzesiu dorobił do każdej z nich po sznurkowym uchwycie, a z pracy przyniósł kawałek wosku, którym woskuje si ę deski, żeby śmigały jeszcze lepiej.  Ja zawsze z takiej zabawy przynosze kilka solidnych siniaków, głównie na kościach biodrowych, ale co się pobawię to moje :D.

Można też zjeżdzać na pobliskiej wyspie Moreton – gwarantuję – jest stromo, wysoko i strasznie.

 

Można też zrobić sandboarding, którego my jeszcze nie próbowaliśmy. Wygląda trochę jak snowboard- wąska deska, dwa zapięcia na stopy, zjeżdza się na stojąco. Różnica jedna – zamiast śniegu, ma się pod stopami piasek.

Multi-kulti :)

W Australii, jak wiadomo przeplatają się chyba wszystkie możliwe kultury, narodowości i języki. Ze wzglądu na moją pracę mam czasem niepowtarzalną okazję obejrzeć przeróżne ... wesela. Mieliśmy już chorwackie, którego niestety nikt z pracowników dobre nie wspomina, a nawet podejrzewam, ze gdyby miało być kolejne, nagle wiele osób byłoby w ten weekend niedostępnych ;). Chińskie są nagminne, podobnie jak i australijskie, które w ogóle nie robią na mnie wrażenia...

Do moich ulubionych zdecydowanie należą indyjskie, które za każdym razem zaskakują kolorystyką, która jest wręcz niewyobrażalna. Zawsze wszyscy z zachwytem oglądamy kreacje gości, i jak już myślimy, że nic nas nie zaskoczy, pojawia się panna młoda, której suknia jest jeszcze piękniejsza i o dziwo jeszcze bardziej kolorowa i ozdobna niż wszystkie pozostałe.  Powiem Wam tylko, że przy tym nasz biały jest absolutnie nudny. Nie wpominając już o garniturach ;)

 

Ostatnio jednak miałam okazję pracować przy jeszcze innym weselu – tym razem afgańskim. Było...inaczej. Powiedziałabym, że trochę zabrakło porozumienia i zrozumienia. Generalnie zupełnie nie wiedzieliśmy co się dzieje, bo nie rozumieliśmy kultury i zwyczajów, a do tego doszła rodzina, z której każdy chciał mieć swój udział i dorzucić swoje 3 grosze.

Wszystko stało się dla mnie jasne dopiero w niedzielę rano, jak postanowiłam wygooglać co to wszystko znaczyło.

Na początek w osobnym od głównej sali pokoju miała nastąpić ceremonia. Nasz pierwszy błąd – myśleliśmy że powinna się tam pojawić para młoda. Tu po raz pierwszy zmyliła mnie rodzina – prosząc żebym znalazła parę młodą, bo nie odbierają telefonów i nikt nie wie, gdzie są. Po pewnym czasie pojawił się jednak pan młody i to do ceremonii wystarczyło, chociaż my jeszcze długo mysleliśmy, że panna młoda wciąż uważana jest za zaginioną.

W skrócie – na ceremonii (Nikah) spotykają się najbliżsi mężczyźni z rodziny, w tym oczywiście pan młody i przedstawiciel panny młodej – najcześciej ojciec. Ceremonii przewodniczy islamski ‘urzędnik’, zwany Mullah. Przed nim ojciec i pan młody negocjują małżeński kontakt. Kiedy kontrakt zostaje zaakceptowany przez pana młodego, mullah idzie do panny  młodej i trzy razy pyta ją czy zgadza się na takie warunki. Jeśli się zgadza – ta-dam! Zostają mężem i żona. Jak romantycznie.

Po ceremonii, już razem małżonkowie udają się na salę balową, gdzie czekają goście. W naszym wypadku – z niecierpliwością, bo wszystko opóźniło się o dobre 1.5 godziny i ciągnęło się to za nami aż do końca. Wchodzą poprzedzeni kilkoma tańczącymi członkami rodziny (drużbowie i druhny?), a nad ich głowami trzymany jest Koran.

Kolejna zmyłka – na wesele państwo młodzi zamówili bufet zamiast normalnego, serwowanego posiłku. Oczywiście oficjalnie, pierwsi do bufetu podeszli małżonkowie. Naładowali talerze, odwrócili się...i wyszli. Do tej pory nikt z nas nie wie dlaczego, Google też nic mi nie podpowiedziało. Zamiast więc zjeść przy specjalnie udekorowanym stole, wyszli w świetle kamer i aparatów do pokoju, który mieli przeznaczony dla zespołu – a więc pełny pudeł, instrumentów itd.

Po posiłku następuje kilka tradycyjnych ceremonii, np. zostają nakryci specjalnie udekorowanym...kocykiem (?), pod którym czytają fragment Koranu, a potem dostają lusterko, żeby pierwszy raz mogli zobaczyć się razem jako mąż i żona. To tradycja jeszcze z czasów, kiedy małżeństwa były zaaranżowane – małżonkowie pierwszy raz zobaczyli się wtedy razem w tym właśnie lustrze.

Zamiast jak my, nakarmić się tortem, państwo młodzi karmią się nawzajem tradycyjnym „deserem”, zrobionym z bułki tartej. Trochę się podśmiechiwaliśmy, że wygląda to jak wielka góra usypana z bułki tartej, póki nie wyczytałam, że to rzeczywiście BYŁA bułka tarta. Ah, ta ignorancja... Tu też mieliśmy przygody... Jedna mama powiedziała, żeby na górę wysypać różnych orzechów, a zaraz przed całą ceremonią druga mama w panice zaczęła je wybierać, bo miały być tylko pistacje... No i górka była za mała, co wyglądało jakby było dużo większym problemem niż te orzechy... Więc nie zastanawiając się wiele porwałam tą michę do kuchni i wraz z kucharzem próbowaliśmy usypać największą jaką tylko nam się udało :D. Mama nr 2 wyglądała na zadowoloną, więc chyba zrobiliśmy dobrą robotę.

 

Była też ceremonia krojenia tortu, która z powodu nieszczęsnej obsuwy czasowej na początku, opóźniła się poza oficjalną godzinę zakończenia całej imprezy. Chcieliśmy więc żeby z tortem poszło szybko – rachu-ciachu -  każdy po kawałeczku i do domu. A tu nie – kolejna tradycja. Zanim para młoda mogła dostać nóż w swoje ręce, jedna z sióstr pana młodego odprawia z tym nożem taniec. Tradycja mówi, że tańczy, żeby dostać od brata pieniądze dla młodej, jak dostanie – oddaje im nóż, kroją tort itd. Ten pan młody był chyba wyjątkowo skąpy, bo tańczyła z tym nożem przez dobre 20 minut...

Oczywiście sposób w jaki wszyscy goście tańczyli,  muzyka i jedzenie zupełnie poza naszą ‘zachodnią kulturą’, ale to właśnie to co lubie najbardziej w tego typu imprezach. Jest zawsze inaczej i egzotycznie.

08:56, aussiedownunder
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24